środa, 8 grudnia 2010

Zombie, wampiry i gumowe potwory - czyli kino i horror wg Eda Wooda

Ed Wood jest tak wyjątkowo zasłużonym popularyzatorem złego kina, że zbrodnią byłoby nie poświęcić mu trochę miejsca na tym blogu. Mawia się, że Edward D. Wood Jr. był najgorszym reżyserem świata  i jest to co prawda kwestia dyskusyjna, natomiast faktem jest, iż pozostawił on po sobie ogromną ilość argumentów dla zwolenników tej tezy. 



Dziedzictwo Wooda to masa filmów z żałosnymi efektami specjalnymi, niedorzecznymi scenariuszami, aktorami nie mającymi pojęcia o grze i słynnymi kartonowymi nagrobkami, których chwianie się przy każdym, nawet najbardziej delikatnym dotknięciu, zostało rzecz jasna uwiecznione na taśmie. Dzisiejsza popularność filmów Wooda wynika jednak z faktu, iż owe ekspresowo kręcone horrory czy monster movies były (i są) tak autentycznie zabawne i przesycone entuzjazmem reżysera, że oglądanie ich jest zwyczajnie przyjemne. i zapewnia sporo rozrywki. Samemu Woodowi poświęcono już wiele miejsca w mediach, ba - Tim Burton poświęcił mu nawet kapitalny film Ed Wood z Johnnym Deppem w roli tytułowej.  Postanowiłem jednak w tym poście skupić się tylko na tym, co mu tę (złą) sławę przyniosło. Oto wybrane pozycje w bogatej filmografii króla kina klasy B.

Glen czy Glenda / Glen or Glenda 



Pierwszy obraz, który chciałbym tu omówić nie jest de facto horrorem, a raczej czymś na kształt dramatu psychologicznego w formie pseudo-dokumentu, co w kontekście tego, że jest to film Eda Wooda oznacza, że mamy do czynienia z bardzo dziwnym zlepkiem całkowicie bezsensownych scen. Jest więc sam Ed Wood w damskich ciuszkach, wmontowane w film sceny z galopującymi bizonami czy Bela Lugosi krzyczący słynne Pull the strings! - wszystko oczywiście pozbawione ładu i składu. Sama historia koncentruje się na tytułowym bohaterze, który chciałby zmienić płeć. O ile jednak początek filmu jeszcze daje się śledzić i mieć ogólne pojęcie o co chodzi, to końcówka jest kombinacją różnych dziwnych scen o niewątpliwie głębszym znaczeniu - tyle, że ukryte przesłanie tego chorego kolażu Wood zabrał ze sobą do grobu.

Narzeczona potwora / Bride of the Monster


Niedługo potem Wood mógł zabrać się za gatunek filmowy, który lubił najbardziej - horror! Rzecz jasna w latach 50-tych gatunek ten wyglądał trochę inaczej, nie tak naturalistycznie jak dziś i nie tak powściągliwie jak w latach 30-tych. Dlatego też Wood mógł sobie pozwolić na wrzucenie do jednego scenariusza szalonego naukowca (w tej roli oczywiście Bela Lugosi, ulubiony aktor Wooda, kiedyś największa gwiazda i hrabia Dracula, potem niestety uzależniony od morfiny starszy pan, który chwytał się każdej propozycji pracy), gumowego potwora (a konkretnie ośmiornicy), atomowego wybuchu, planu stworzenia super-ludzi, i policjanta Keltona, który z jakiegoś powodu pojawia się we wszystkich wymienionych tu filmach Wooda prócz Glena lub Glendy. Fabuła jest oczywiście w strzępach - nie mam nawet pojęcia kim jest tytułowy Potwór. Czy jest nim wspomniany naukowiec, który ostatecznie sam zostaje potraktowany swoją super-bronią? A może Lobo, jego wielki i przygłupi asystent, z którym w pewnym momencie naukowiec toczy walkę? Albo gumowa ośmiornica, która z jakiegoś powodu najpierw trzymana jest w wielkim akwarium a potem wypuszczona do jakiegoś żałosnego strumyka, by ostatecznie stoczyć ze swoim panem epicki pojedynek (w którym Bela Lugosi stara się potrząsać gumowymi mackami, żeby scena wyglądała jak  realistyczny atak ośmiornicy)? Naprawdę nie mam pojęcia, nie wspominając już o tytułowej  Narzeczonej, co do której nie mam nawet tropu. Tego typu pytań nasuwa się znacznie więcej, jednak któż by doszukiwał się jakiejkolwiek logiki w filmie Eda Wooda?

Plan 9 z kosmosu / Plan 9 from Outer Space


Kolejny horror s-f to już prawdziwe opus magnum najgorszego reżysera świata. Finansowany przez  baptystów, zawierający ostatnie sceny z udziałem Beli Lugosiego, jeszcze dziwniejszy i jeszcze bardziej niedorzeczny niż poprzednik. Już sam początek zapowiada jazdę bez trzymanki - otóż Woodowi udało się zwerbować Criswella, telewizyjną osobowość, rodzaj dzisiejszego wróżbity Macieja. Criswell, tak jak to zwykł robić podczas swoich telewizyjnych programów, raczy widzów swoją przepowiednią, którą pozwolę sobie zacytować:

Greetings, my friend. We are all interested in the future, for that is where you and I are going to spend the rest of our lives. And remember my friend, future events such as these will affect you in the future. (...)
 

I tak dalej... Poziom absurdu już jeż niebotycznie wysoki, a to dopiero parę sekund  filmu. Nie chcę za bardzo psuć zabawy potencjalnym widzom, bo odkrywanie w każdej scenie jakiegoś błędu czy nielogiczności naprawdę sprawia frajdę, jednak muszę dodać, że w Planie 9 z kosmosu otrzymujemy Eda Wooda w pełnej krasie. Wystarczy tu wspomnieć o samym kręgosłupie fabuły - otóż kosmici z jakiegoś powodu dokonują inwazji na ziemię za pomocą trzech zombie przywróconych do życia na okolicznym cmentarzu. Wspomniane umarlaki (w tym jeden wampir i wampirzyca) szwendają się po tym cmentarzu od czasu do czasu powalając ludzi za pomocą szybkiego zbliżania się w kierunku kamery. Potem okazuje się, że ludzkość rozwija się za szybko i istnieje zagrożenie, że już niedługo wynajdziemy specjalny rodzaj bomby, która będzie potrafiła zniszczyć cały wszechświat. Stąd też genialny plan najeźdźców z kosmosu, by poradzić sobie z tą sytuacja za pomocą trójki zombie, podczas gdy oni sami latają bez celu po niebie swoimi plastikowymi statkami podwieszonymi sznurkami do nieba. Oczywiście pora dnia zmienia się w czasie jednej sceny kilkakrotnie, wszystkie pomieszczenia są umeblowane tym samym zestawem mebli (ogrodowych) a nagrobki kiwają się na boki. Plan 9 z kosmosu to esencja złego kina i film, który zdecydowanie każdy powinien zobaczyć.

Noc upiorów / Night of the Ghouls


Wood mimo dosyć sceptycznych opinii krytyki nie odpuszczał i w tym samym roku wypuścił jeszcze Noc upiorów, kolejny utrzymany w swoim charakterystycznym stylu horror. Znowu na samym początku pojawia się moja ulubiona postać, Criswell, który w swoim stylu zaprasza do obejrzenia filmu, bowiem owa historia to - uwaga, cytat - coś więcej niż fakty! Historia skupia się na niejakim dr Aculi (hołd dla Lugosiego jak mniemam), który wykorzystuje rozpacz i naiwność ludzi, którzy stracili na zawsze swoich bliskich, organizując seanse spirytystyczne. W pewnym momencie okazuje się, że doktor faktycznie posiada nadzwyczajne zdolności (z czego sam nie zdaje sobie sprawy) w związku z czym obserwujemy potem jak Acula zmaga się z przywołanymi duchami. Jest to w pewnym sensie kontynuacja Narzeczonej potwora, wraca zatem Lobo, wraca także Kelton, a cała historia ogólnie wydaje się dosyć podobna. Fani Eda Wooda mogli się o tym przekonać dopiero w latach osiemdziesiątych - film przeleżał bowiem kilkanaście lat w studiu, niestety Wood nie miał pieniędzy, by wykupić taśmę z postprodukcji... Dodam tylko, że moim zdaniem Noc upiorów jest jeszcze gorsza niż Plan 9 z kosmosu, ale nie jest aż tak zabawna. Chociaż scena seansu z latającą, grającą trąbką to mocna rzecz.

Orgy of the Dead


Jako, że sytuacja finansowa Wooda od pewnego momentu zaczęła się dosyć drastycznie pogarszać, postanowił on zwrócić się w kierunku, który to teoretycznie miał sprawić, że jego filmy będą popularniejsze i bardziej atrakcyjne dla przeciętnego widza, dla którego kołpaki czy trąbki na sznurkach to trochę za mało. W twórczości Wooda pojawiła się zatem erotyka. Orgy of the Dead jest więc filmem, gdzie horrorowa jest tylko konwencja, a cała reszta służy tylko eksponowaniu nagich biustów, których przewija się dosyć sporo. Co prawda Wood nie reżyserował tego cuda osobiście, ale zajął się scenariuszem oraz produkcją i w zasadzie jeśli komuś można przypisywać autorstwo, to tylko jemu. Fabułę tego dosyć awangardowego obrazu można streścić w jednym zdaniu. Otóż pewna para ma wypadek w pobliżu cmentarza, a po przebudzeniu, przywiązani do pali, muszą obserwować pląsy dziwnych tancerek, podczas gdy Criswell, najwyraźniej przywódca nieumarłych, obserwuje ten spektakl i wygłasza bezsensowne komentarze. Zasadniczo najlepiej podsumowuje ten film sam plakat. Nagie duchy, tancerki topless i Criswell jako Imperator Nocy! - i to w zasadzie wszystko, co faktycznie można tu zobaczyć. Dodałbym jeszcze obecność mumii i wilkołaka (któremu w każdej scenie widać ludzką skórę spod maski) i wrzucone w którymś momencie kompletnie bez sensu ujęcie grzechotnika w trawie (serio).

***

Bardzo polecam zapoznać się przynajmniej z jednym z tych dzieł, bo - jak już wspominałem - te filmy są tak nieporadnie zrobione, kiczowate i sztampowe, że naprawdę bawią. Entuzjazm Wooda, zachwyconego wręcz swoimi nowatorskimi pomysłami i techniką realizacyjną, wręcz wypływa z każdej sceny, kręconej zapewne w ciągu paru minut, bez dubli. W zrozumieniu fenomenu autora Planu 9 z kosmosu na pewno pomoże wspomniany już wcześniej film Ed Wood, gdzie owa zarażająca wszystkich dookoła miłość do kinematografii jako rozrywki została sportretowana naprawdę bezbłędnie. Dzięki Woodowi, kino już nigdy nie będzie takie samo.


Sam Edward na pewno byłby zachwycony, gdyby dowiedział się, jaką popularnością dziś cieszą się jego  dzieła sztuki kina klasy B. Na sam koniec słowo od Criswella:

My friend, you have seen this incident based on sworn testimony. Can you prove that it didn't happen? Perhaps on your way home, you will pass someone in the dark, and you will never know it, for they will be from outer space. Many scientists believe that another world is watching us this moment. We once laughed at the horseless carriage, the aeroplane, the telephone, the electric light, vitamins, radio, and even television! And now some of us laugh at outer space. God help us... in the future.

1 komentarzy:

agnieszka pisze...

Osobiście film Ed Wooda nie widziałam, ale Tim Burton chyba dobrze oddał jego osobowość. A przynajmniej mi podobało się to co w nim zobaczyłam. W zeszłym roku (chyba)był festiwal w CSW pod hasłem: najgorszych filmów świat, tam oczywiście Wooda nie zabrakło..

Prześlij komentarz